Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

Smalec ze śliwką

W dzieciństwie nie rozumiałam, jak można zajadać się chlebem z taką ilością tłuszczu. Co innego świeża bułka z prawdziwym masłem i żółtym serem. Ale smalec? I jeszcze te skwarki...Zmora!

Teraz wszystko mi się pozmieniało. Wyrosłam chyba na "prawdziwego faceta", ponieważ nic więcej, jak pajda chrupiącego, wiejskiego chleba posmarowanego grubo smalcem nie jest mi do szczęścia potrzebna.

I tu muszę od razu dodać, że mieszkając w Gdańsku nie byłam świadoma, jak smaczny może być prawdziwy wiejski chleb na zakwasie. W Bełchatowie o taki o wiele łatwiej. Wystarczy się lekko poświęcić: w sobotę nastawić budzik na godz. 8 i szpagatami polecieć na rynek po połówkę wiejskiego...Połówka starcza dla mnie i dla Sebastiana na cały tydzień. Cały bochenek jest zarezerwowany dla prawdziwych twardzieli, którzy chleb jadają nawet na obiad :)

Smalec już kiedyś pojawił się na tym blogu. Był jednak całkiem inny, wręcz zwyczajny. Przetopiona słonina, odrobina boczku, dodana cebulka z jabłkiem, majeranek oraz szczypta curry. Teraz zaszalałam i przetopiłam spory kawałek samego boczku. Prócz "standardowych" dodatków urozmaiciliśmy smalec suszonymi śliwkami...Pycha! Musicie sami spróbować!


niedziela, 18 maja 2014

Masło migdałowe

Pamiętacie smak jedzonego po raz pierwszy kremu czekoladowego? Ile ja bym teraz dała za łyżeczkę tych boskich kalorii!
Dobrze pamiętam, jak wyglądał słoik- biała plastikowa nakrętka, ruda wiewiórka z orzechem laskowym na etykiecie. Sam słoik był niewielki- niestety...

Pamiętam również, że do tego kremu czekoladowo- orzechowego smakowała najlepiej...łyżeczka! Albo palec! Nic więcej! Zero chleba, krakersa, naleśników, czy innych, całkowicie niepotrzebnych dodatków. Wyjadany prosto ze słoika z myślą, że TYM razem na pewno nikt się nie zorientuje. W końcu wyrównałam "brzegi" kremu nożem... Ile ja się nakombinowałam i wyrównywałam ten krem...

Z masłem migdałowym jest całkiem inaczej. Choć do niego też pasuje najlepiej palec lub łyżeczka, to wyrównywać go nie trzeba. W moim przypadku nie ma już obawy, że ktoś się zorientuje, lub zrobi burę, że obiadu nie jem, a słodkie masło tak.... Jem bez wyrzutów i ze smakiem. A co najważniejsze, paluchem!


poniedziałek, 10 marca 2014

Kurczak Garam Masala

walka
ja vs zdjęcia z Rzymu
=
0:1

Jest tyle zdjęć, które chciałabym Wam pokazać, tyle rzeczy, o których chciałabym wspomnieć...Muszę na nowo wszystko przemyśleć, zastanowić się co i jak napisać.

Z drugiej strony coś mi mówi, aby jeszcze nie pisać o Rzymie, bo to będzie oznaczało podsumowanie, taki koniec Włoskich wakacji, a ja ciągle myślami jestem przy Fontannie di Trevi, spaceruję po uliczkach Zatybrza i jem. Jem cieniutką, jak moje włosy pizzę i ogromne ilości gelato. Oj tak, chyba jeszcze trochę czasu musi minąć, zanim napiszę o Rzymie.

A tymczasem, żeby na blogu nie było tak pusto i smutno wstawiam przepis na bardzo aromatycznego kurczaka, którego powinni pokochać wszyscy fani kuchni indyjskiej. Garam masala to mieszanka przypraw, której składniki przed zmieszaniem zmieleniem można oddzielnie uprażyć*.- Ponoć taka czynność powoduje, że mieszanka jest jeszcze bardziej aromatyczna. Nazwa przyprawy oznacza dosłownie "gorąca mieszanka" i określa nie tyle smak samej przyprawy, jak czas kiedy powinno dodać się ją do potrawy- na samym końcu, przed ostatnim zamieszaniem, kiedy potrawa jest gorąca i czeka na podanie.


piątek, 27 września 2013

Dżem figowy i Historia ukrytego pojękiwania

Pamiętam dobrze ten dzień.
Na dworze ciemno i zimno. W pracy urywający się telefon, a moja ręka zbyt leniwa, aby cały czas podtrzymywać słuchawkę dłonią.
Wpadam na genialny pomysł podtrzymania słuchawki ramieniem i dość komicznym przykurczem prawej, górnej części ciała.- Działa! Mam dwie wolne ręce i mogę jednocześnie prowadzić telekonferencję i pisać na komputerze. Jestem dobra. Nawet bardzo dobra!

Mija godzinna telekonferencja, przerwa na kawę i ponownie dzwoni telefon. Znowu przykurcz wychodzi na pierwsze skrzypce. Moja wygrana i znów mam dwie ręce wolne!

Koniec drugiej telekonferencji. Odkładam słuchawkę i...i przykurcz zostaje.

Wpadam w panikę, że zostanę już taka pokrzywiona. Na dodatek z kilkoma kilogramami nadwagi...Masakra!

Koleżanka w pracy radzi, abym poszła do masażysty-kręgarza. Starszy, miły Pan z siwizną na głowie i latami doświadczenia potwierdzonymi wieloma dyplomami ma mi pomóc.
Trochę się krępuję, ale koleżanka mówi, że starszy Pan nawet nie zwraca uwagi, czy do niego przychodzi kobieta, czy mężczyzna.

Decyduję się zadzwonić i umówić na wizytę. Tłumaczę o co chodzi, a Pan masażysta prosi, abym przyszła po pracy.

Jadę. Wołają mnie po nazwisku. Wstaję z krzesełka w poczekalni i....oczom nie wierzę! Starszy, miły Pan okazuje się młodszym, przystojnym chłopakiem z rękoma, wielkości mojej głowy!

Twarz ma zachodzi młodzieńczym rumieńcem...

Wchodzimy do środka i pojawia się Pan z siwizną tłumacząc, że zastąpi go syn bo do Niego przyszła klientka złamana w pół, której musi pilnie pomóc. Uśmiecham się nieśmiało i potakuję głową. (Jak się później okazało ów klientka była parawan obok mnie...)

Teraz najlepsze... Koleżka prosi, abym się "przygotowała". 
Yyyyy, czyli co? Tak sobie myślę i znów się czerwienię.

Masażysta tłumaczy od razu, abym ściągnęła bluzkę...Pozostawiając stanik i spodnie- szybko dodając ;) W tym momencie byłam już czerwona, jak cegła. Kilka kolejnych zdań nie pamiętam, bo skupić się nie mogłam myśląc cały czas o moich czerwonych polikach, fałdach tłuszczu widocznych przy siedzeniu na stole do masażu i moich pachach...- Czy ja je dzisiaj ogoliłam????

Coś tam znowu rozmawiamy, każe mi się rozluźnić, łapie pod pachami i mną wstrząsa- DOSŁOWNIE. Słyszę trzask swojego kręgosłupa i czuję ogromną ulgę. Teraz może już być tylko lepiej!

Miły Pan prosi, abym się położyła na brzuchu, głowę umieszczając w dziurze dzięki której mogę obserwować chodaki tego, który zaczyna masować.

Miły Pan rozkręcał się powoli, co bardziej przypominało smyranie, niż masaż o którym tyyyyyyyyyle wcześniej słyszałam. Później dotyka coraz mocniej i mocniej. Uciska, masuje i....każe mi oddychać. Wtedy dopiero orientuję się, że wstrzymuje cały czas powietrze bo boli, jak cholera, a na usta ciśnie się nic innego, jak "aaaa" i "yyyyy", których po prostu się wstydzę. Spięta i sztywna powstrzymuje się przed pojękiwaniem modląc się, aby miły Pan w końcu przestał.

I teraz na plan wchodzi Pani "zgięta w pół" leżąca za parawanem po mojej lewicy. Słyszę jej "aaaaa" i "yyyy" przy każdym dotknięciu Starszego Pana. Puszczają mi nerwy, nie wytrzymuję i zaczynam jej wtórować. Ona "aaaa", ja "yyyyyyy", ona "mmmmm", ja "aaaaaa". I tak sobie jęczymy wspólnie przez 30 minut, aż Starszy Pan z synem stwierdzają z uśmiechem na twarzach, że to koniec...

Takie samo uczucie zawodu może Wam towarzyszyć, jak skończy się Wam słoiczek dżemu figowego...Przy jedzeniu dżemu  w zaciszu domu pojękiwanie jest dozwolone. Ba! Nawet wskazane! :D Dlatego nie krępujcie się, jak ja i powzdychajcie sobie głośno, pojęczcie i pomruczcie z zachwytu nad tym pysznym smakołykiem!


 Składniki na 3 słoiki (dżemówki):
  •  20 sztuk dojrzałych fig
  • sok z całej pomarańczy
  • skórka z połowy pomarańczy
  • 100g cukru
  • 50ml rumu (opcjonalnie)
Na początku dodam, że figi są teraz w bardzo dobrej cenie w Lidlu- uświadomiła mi to Patrycja ze Smakołyków Alergika. Dlatego jeżeli do tej pory ich cena Was odstraszała, macie okazję się odgryźć i kupić ich trochę więcej ;)

Figi myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym i odcinamy "ogonki". Kroimy na 4 części, wrzucamy do garnka z grubym dnem i zalewamy sokiem z pomarańczy. Gotujemy na średnim ogniu często mieszając, aby dżem się nie przypalił.

Gdy owoce zaczną się rozpadać, a skórka fig zacznie się robić szklista dodajemy skórkę z pomarańczy i cukier.- Jeżeli Wasze figi nie będą bardzo słodkie możecie zwiększyć ilość cukru.

Doprowadzacie dżem do wrzenia, ściągacie z ognia i odstawiacie do następnego dnia.

Kolejnego dnia wyparzamy słoiki wrzącą wodą, albo wkładamy je na 10min do piekarnika nastawionego na 90-100 stopni.

Dżem ponownie przesmażamy często mieszając i uważając, aby się nie przypalił. Ilość płynów już będzie niewielka.

Na koniec dolewamy rumu, dokładnie mieszamy i jeszcze wrzący dżem przelewamy do wyparzonych słoików. Mocno zakręcamy i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia ustawiając słoiki do góry dnem.


Dżem jest słodki i gęsty- figi zawierają dużo pektyny i nie ma potrzeby dodawania dżemiksów. "Figo fago" jest idealny do przełożenia tortu, czy nadziania babeczek. Na naleśnikach też posmakuje. Uprzedźcie tylko starszą część swoich gości, że zawiera dużo maleńkich pesteczek- tak na wszelki wypadek ;)

wtorek, 27 sierpnia 2013

Harissa

Coraz więcej osób wakacje spędza w krajach arabskich. Wątpię, aby w większości przypadków chodziło o ciekawość poznania kultury, czy chęć zwiedzania niestety dość brudnych i opuszczonych ulic. Tymi kryteriami przynajmniej ja się nie kierowałam, kiedy pierwszy raz wybierałam się do Tunezji.

Ale pogoda? No nie powiecie mi, że nie kręci Was fakt, że w Turcji, czy Tunezji słońce rozpieszcza od maja do końca września! 

Właśnie dlatego 3 lata temu udaliśmy się z Sebastianem do Hammametu, kiedy to urlopem mogliśmy się cieszyć wyłącznie we wrześniu. Dodam tylko, że w tym czasie w Polsce było +13 stopni przy akompaniamencie wiatru i niemiłych deszczy...

Dla osoby kochającej kotlety schabowe, mielone, czy piersi z kurczaka wakacje w kraju arabskim mogą być ciężkim przeżyciem. "Wędlina" w Tunezji ma siny kolor, a kurczak podawany na śniadanie, obiad i kolację wygląda, jakby został rozstrzelany karabinem maszynowym :)

Są natomiast soczyste, dojrzałe arbuzy, apetyczne melony i tony idealnie ( jak dla mnie) przyprawionego kus-kusu z warzywami. Właśnie HARISSA- bardzo ossssstra i krwisto czerwona pasta z papryczek chilli służy do doprawiania tej kaszy. Jej ostrość można regulować dodaniem większej ilości oliwy, która odpowiada za rozpuszczanie substancji pikantnych w papryczkach.


Harissę możecie przygotować samodzielnie w domu. Jeżeli natomiast nie chcecie ryzykować piekącej skóry pod paznokciami, to przygotujcie ją w rękawiczkach lateksowych, lub kupcie słoiczek przez internet w jednym ze sklepów z żywnością arabską :)

Składniki na słoiczek o pojemności ok. 200ml.:
  • 12 średnich papryczek chilli
  • 3 ząbki czosnku
  • pół łyżeczki roztartych nasion kolendry
  • pół łyżeczki kuminu
  • ok. 50ml oliwy (lub więcej/ mniej w celu dobrania odpowiedniej ostrości)
Chilli rozetnijcie wzdłuż i usuńcie pestki. Pokrójcie na 3 części, wrzućcie do blendera z pozostałymi składnikami i blendujcie na gładką masę. W tym momencie nie ważcie się posmakować pasty- wypali Wam wnętrzności :)

Dolejcie oliwy i zamoczcie czubek małej łyżeczki z harissie. Spróbujcie i w razie konieczności dodajcie więcej oliwy.- Gotowe!


Harissa jest idealna do makaronów, smażonego ryżu, i najważniejsze- do smażonych, grillowanych, czy pieczonych warzyw podawanych z kaszą kus- kus.

Mój słoiczek przechowuje w lodówce. Aby długo pasta zachowywała świeżość, zalewajcie ją po każdym użyciu ociupinką oliwy.

Aaaa, pamiętajcie! Ostra Harissa zawsze pali dwa razy. Za pierwszym razem przy jedzeniu, a później... ;)

niedziela, 25 sierpnia 2013

Aroniówka- nalewka z aronii ♥

Dzisiejszy dzień upływa leniwie. Od rana korzystamy ze słońca i wygrzewamy się na leżakach na tarasie.
W przerwach doglądam dojrzewających pomidorów koktajlowych w ogrodzie i przygotowuję szybki obiad. Później kawa, rozwiązywanie krzyżówek z teściami i dalsze błogie lenistwo przerywane przesuwaniem leżaka w pogoni za uciekającym słońcem.

Coś ucieka.... Lato się kończy

W Bełchatowie nie ma już moreli, a bób zaczyna przypominać starą fasolę. W nocy powoli zaczynam przymykać okno. Idzie jesień...

Nie powiem, że jesieni nie lubię. W końcu daje nam pyszne orzechy i wspaniałą dynię, ale jakoś tak już mi tęskno do świeżych truskawek i "chrupiących" czereśni. Jakoś w tym roku lato przeleciało mi przez palce.

Dlatego choć nalewki większości kojarzą się z zimą i koniecznością rozgrzewki, to mi przypominają lato, gorące słońce i wylegiwanie się na trawie.


Takie wspomnienia zawsze przynosi mi aroniówka, którą raczę się w pochmurne, jesienne dni lub w zimowe, śnieżne wieczory. 

Pierwsza aronia pojawiła się właśnie na targach. Będzie dostępna jakoś przez 3 tygodnie. Później coraz rzadziej będzie dostać jędrne owoce.

Aronia zjedzona prosto z krzaka zawiera dużo goryczy i jest mało smaczna, ale sok, dżem, czy nalewka z aronii są wyśmienite!

Co ważne, aronia zawiera dużo witaminy P oraz reguluje poziom ciśnienia we krwi. Nic, tylko szamać przetworzoną aronię i cieszyć się z jej dobroczynnego działania ;)

Składniki na ok. 2 litry aroniówki:
  • 1kg owoców aronii
  • 1l spirytusu
  • 1kg cukru
  • 1l wódki
  • sok z całej cytryny lub limonki
Owoce aronii myjemy, osuszamy ręcznikiem i wkładamy do zamrażalnika na co najmniej 2-3 dni. Dzięki temu pozbędziemy się nieprzyjemnej goryczki tych owoców.

Po przemrożeniu aronię wsypujemy do dużego słoja, zasypujemy cukrem i zalewamy spirytusem.

Odstawiamy słój na 6 tygodni, a przez kilka pierwszych  dni codziennie nim wstrząsamy, aby cukier się rozpuścił.

Po 6 tygodniach przelewamy nalewkę przez sito, aby pozbyć się owoców. Dolewamy litr wódki, sok z cytryny lub limonki i mieszamy.

Przygotowujemy sobie sitko wyłożone cieniutkimi chusteczkami niearomatyzowanymi (najlepsze są takie z prostokątnego pudełka) i filtrujemy aroniówkę, aby do butelek przelewać czystą nalewkę bez pływających kawałków owoców.

Po przefiltrowaniu całości rozlewamy nalewki do butelek, zakręcamy i czekamy do pierwszych chłodnych dni, kiedy przyda się aroniówka na rozgrzanie! :)


środa, 21 sierpnia 2013

Pieczona papryka

Wczoraj z Sebastianem obejrzeliśmy film. Tytuł oryginalny: "Broken City". Polskie tłumaczenie: "Władza"... Hmmm w sumie podobne...
Oszołomiona trafnością tłumaczenia odpalam kilka stron i zaczynam szperać w tytułach filmów. W ten oto sposób napotykam na "That's my boy" i znów podziwiam tłumaczenie "Spadaj, tato"... Dochodzi do tego "The Vow"- "I, że Cię nie opuszczę" oraz "The Matador", czyli "Kumple na zabój".

Szperam dalej i natrafiam na stronę z przygotowaną listą- Top25 śmiesznych tłumaczeń filmów. Zaczynam się śmiać i lekko potrząsać moimi zbędnymi kilogramami. Nie mogę się pohamować i spędzam kolejne minuty szukając tłumaczeniowych freaków. Padam przy "Tree Kings", czyli po prostu (bo jakżeby inaczej!) "Złocie pustyni".

Jak widać nie tylko blogerzy kulinarni mają fantazję...;)

Osobiście może tym  razem fantazją się nie wykazałam, ale nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów. Ba, nawet jestem z siebie dumna i cieszę się, że po przeszło 1,5 roku znów (bądź dopiero) zrobiłam pieczoną paprykę. Delikatną, słodką. Rozpływającą się w ustach! Jeżeli już ją próbowaliście, to na pewno wiecie jaki smak mam na myśli. Jeżeli jeszcze nie jedliście, to żałujcie i zaplanujcie sobie kupno dodatkowo kilku papryk przy najbliższej wyprawie na targ!


Składniki na 2 średnie słoiki:
  • 6 czerwonych papryk
  • 6 ząbków czosnku
  • ok. 350ml oliwy lub oleju rzepakowego*

Papryki dokładnie myjemy i oczyszczamy z gniazd nasiennych. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy do zrumienienia i pomarszczenia skóry papryk.

Po ok. 20min papryki wyciągamy i wkładamy do miski z przykryciem, aby papryki się zaparowały, a skóra łatwiej odeszła. Mniej więcej po 15min z łatwością będzie można ściągnąć skórkę.

Paprykę tniemy w grubsze paski i układamy warstwami w słoiku na przemian z cieniutkimi plasterkami czosnku.

Na koniec zalewamy oliwą lub olejem rzepakowym. Zakręcamy słoiki i przechowujemy w lodówce ok. miesiąca chyba że ważność oleju rzepakowego jest krótsza.

*Ja wybrałam olej rzepakowy, który nadaje lekko orzechowy posmak.- Idealnie współgra ze słodyczą papryk.


Papryki najlepiej smakują na 2, 3 dzień, kiedy przejdą dodatkowo smakiem oleju i czosnku. Wyjadać można je prosto ze słoika, podawać jako dodatek do mięsa lub kanapek. Nadają się również idealnie na paprykowe pesto.

Wypróbujcie koniecznie! ;)

sobota, 10 sierpnia 2013

Dżem morelowy z cynamonem

Gwiżdżę. Dużo gwiżdżę. Zazwyczaj przy sprzątaniu. Natomiast śpiewam zawsze, jak coś leci w tle. Nie jestem tylko pewna, czy słowo "śpiewam" jest tu odpowiednie ;)

Pisałam już Wam, że mąż ze względu na moje umiejętności wokalne woli jechać ze mną samochodem samochodem 400km bez włączonego radio, aby uniknąć wrażenia dolby stereo...Na szczęście odbijam sobie podróżując służbowo do trójmiasta co dwa tygodnie.

Odbiję sobie też dzisiaj! Dziś jest ten dzień, kiedy nie skrępowana ludźmi znajdującymi się obok będę mogła zaszaleć i drzeć się ile sił na koncercie Florence + The Machine na Coke Live Music Festival. To będzie dobry dzień! Czuję to w płucach! :D

Tak samo, jak ten dżem. Prosty, lekko kwaśny z wyczuwalną nutą cynamonu. Idealny do naleśników lub przełożenia tortu. Smakuje równie dobrze wyjedzony łyżeczką prosto ze słoiczka!


Składniki na 5 niewielkich słoiczków:
  • 2kg moreli
  • sok z całej i skórka z połowy cytryny
  • łyżeczka cynamonu
  • ok.600g cukru
  • opcjonalnie cukier żelujący
Morele dokładnie myjemy, wyciągamy pestki i kroimy na mniejsze kawałki. Nie musi być drobno, ponieważ smażąca się morela i tak się rozpadnie. Moreli również nie trzeba obierać ze skórki.

Owoce wrzucamy na głęboką patelnię i zaczynamy smażyć na niewielkim ogniu. Skrapiamy cytryną i dodajemy skórkę cytrynową ciągle mieszając, aby moreli nie przypalić. Jak owoce zaczną się rozpadać, to posypujemy je cukrem i pozostawiamy na ok.30-40min, aby odparowała chociaż część soku, które puściły morele.

Jeżeli chcecie poświęcić trochę więcej czasu, to po 40min. ściągnijcie owoce z ognia i powtórzcie czynność smażenia/ odparowywania dnia następnego. 

Ja dodałam niecałe opakowanie cukru żelującego (2:1), który wg. info na etykiecie jest przeznaczony na 1kg owoców i 0,5kg cukru. U mnie owoców było więcej przez co dżem na szczęście nie był sztywny jak galaretka, aby nie rozlewał się też po talerzu.

Dodam jeszcze, że na opakowaniach cukrów żelujących jest informacja, aby je dodawać od razu po pokrojeniu owoców. Ja dodałam go po smażeniu, cukrze i gotowaniu i i tak było ok. ;)

Cynamon dodajemy na końcu, dokładnie mieszamy i napełniamy wyparzone słoiki dżemem. Słoiki ustawiamy do ostygnięcia do góry dnem, chyba że posiadacie słoiki do wekowania. Te drugie po napełnieniu dżemem wkładacie do piekarnika rozgrzanego do 100-110 stopni na 15min. Po tym czasie wyciągacie z piekarnika i odstawiacie do ostygnięcia bez odwracania do góry dnem.


To jak, zrobicie sobie Morelowe Love, hmmm? :)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Solone masło orzechowe

Podczas mojego dzieciństwa całkowicie niedostępny rarytas. W tamtych czasach o maśle orzechowym dowiedziałam się wyłącznie z telewizji w późnej podstawówce, jak pojawiła się telewizja kablowa. Wcześniej o nim nie słyszałam, nie widziałam i niestety nie próbowałam.


W serialach dla młodzieży zawsze podawane z bananem- nie wiem czemu, bo w tej wersji kompletnie mi nie smakuje...

Natomiast zamiast masła orzechowego było dostępne inne cudeńko, które wywoływało u mnie szybsze bicie serca i ślinotok- masło czekoladowo- orzechowe z wiewiórką! To było coś! Mój dziadek z pewnością skomentowałby, że owe masło "miało wszystkie masła pod sobą, a te najlepsze jeszcze też pod sobą". Takiego określenia u mnie w rodzinie przebić już nie było można...I ja się z tym całkiem zgadzam. To masło było wyjątkowe...

A teraz moje masło orzechowe w wersji słonej z odrobiną sezamu.

Składniki na słoik po dżemie:
  • 400g niesolonych orzeszków ziemnych (waga po obraniu)
  • 1/3 łyżeczki soli
  • łyżka oleju sezamowego*
  • łyżeczka nasion sezamu
* Można pominąć lub zastąpić oliwą, bądź większą ilością sezamu.

Ok. 50g orzeszków wrzucamy do blendera i rozdrabiamy na małe kawałki- nie na gładką pastę i odkładamy na bok.

Pozostałe orzeszki blendujemy na gładką masę z solą, olejem sezamowym i nasionami sezamu.

Na koniec do gładkiej pasty dorzucamy 50g drobno zblendowanych orzeszków i całość mieszamy.
Masło przekładamy do słoiczka i przechowujemy w lodówce. Ze względu na dużą ilość oleju ( z orzechów i sezamu), masło dość długo utrzymuje świeżość. Moim zdaniem spokojnie 3-4 tygodnie.


A już jutro moja odpowiedź na:


Ściskam Was tak mocno, jak Pan Paluch Panią Paluchową! :)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Pasta kanapkowa z kalafiora i zaproszenie do zabawy!

Mamy końcówkę kwietnia i zaraz na kalendarzu pojawią się pierwsze dni majowe. Dla większości nadchodzący okres kojarzy się zapewne z długim weekendem, pierwszym grillowaniem i wypadami za miasto. Mnie Maj kojarzy się inaczej.
Jak myślę o Maju od razu mam przed oczami dwa zakochane misie trzymające się za ręce. Nad nimi czerwone serducho i ścieżkę prowadzącą w stronę zachodzącego słońca... Taki kiedyś miałam obrazek w swoim kalendarzu na cały maj i teraz wiem, że coś w tym jest :)

W Maju zaczyna się robić ciepło i porzucamy nasze mieszkania, aby zaczerpnąć trochę powietrza. Zakochani wyrastają jak grzyby po deszczu spacerując i trzymając się za ręce, przesiadując na ławkach i przytulając się do siebie. Są też bardziej odważni, którzy dogłębnie sprawdzają stan migdałków partnerki/ partnera na ławeczce w mieście...

Czy tak błogi stan może trwać wiecznie? Co zrobić, aby druga połówka nie poszła w przeciwną stronę i nie odwróciła się od Nas?
Przyłączcie się do zabawy i napiszcie, jakie są Wasze sposoby na zatrzymanie miłości przy sobie.

Jeżeli posiadacie konto na Facebook'u, podaję link do utworzonego wydarzenia, gdzie znajdziecie wszystkie potrzebne informacje.

Poniżej kilka słów o zabawie dla tyhc, którzy konta na fb nie posiadają.

Zasady są proste:
1. Umieść post z Twoim typem, np: kulinarny hit, magicznne zaklęcie, tylko Wam znane sposoby zatrzymania drugiej połówki
2. Zamieść zdjęcie do akcji w swoim poście


3. Jeżeli posiadasz konto na facebook'u, to zamieść link do posta pod wydarzeniem. Jeżeli takiego konta nie posiadasz, link zamieść pod moim postem.
4. Czas na zamieszczenie swojego sposobu masz do niedzieli 28 kwietnia.

Po tym czasie razem z Justyną z bloga To Pestka! oraz z Gosią z bloga Delimamma zamieścimy podsumowanie akcji :)

Mój typ już wkrótce na blogu, a tymczasem polecam Wam nietypową pastę do kanapek z kalafiora!


Składniki na średniej wielkości słoiczek (jak na zdjęciu):
  • pół główki ugotowanego kalafiora (ok.400g)
  • 2 jajka ugotowane na twardo
  • garść suszonych pomidorów
  • 2 małe ząbki czosnku
  • sól, pieprz i kurkuma do smaku

Ugotowany kalafior razem z jajkami na twardo blendujemy na dość gładką masę. Dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek i posiekane suszone pomidory. Całość doprawiamy do smaku solą, pieprzem i kurkumą.

               

Pastę przechowujemy w lodówce max. 3-4 dni. - Uwaga zapach po otwarciu słoika jest dość intensywny, ale smak wynagradza wszystko ;)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Smalec, smalczyk, smalczyczek!

Znienawidzony w dzieciństwie za wygląd, smak, zapach. Chyba po prostu za samo istnienie! Teraz tolerowany, nawet i lubiany, ale do miłości jeszcze trochę mu brakuje :)

Zdecydowany ulubieniec większości mężczyzn, i 1 z 10 największych wrogów dla tych, co liczą te małe paskudztwa- kalorie.


Może nie jest to idealny przepis na menu poświąteczne, ale zaręczam, że przechowywany w słoiku w lodówce może postać nawet kilka tygodni.

U mnie w wersji "radioaktywnej"- bo z curry, która spowodowała, że smalec jest żółty, choć na zdjęciach tego tak nie widać. Dodatkowo dodałam jabłko wg. zaleceń teścia :)

Składniki na średniej wielkości słoik (jak na zdjęciu):
  • 250g słoniny
  • 200g surowego boczku
  • kwaśne jabłko
  • 2 szczypty majeranku
  • szczypta curry
Słoninę i boczek myjemy i osuszamy ręcznikiem papierowym. Całość kroimy w drobną kostkę i topimy na średnim ogniu co jakiś czas mieszając.- u mnie zajęło to ok. 40min. 

Jak już prawie cała słonina się wytopiła, a skwarki z boczku się przyrumieniły, dodajemy obrane i pokrojone w kostkę jabłko. Całość nadal trzymając na ogniu mieszamy do chwili zmiękczenia jabłek. Pod koniec dodajemy majeranek i curry i ściągamy z ognia.

Przelewamy do słoiczka i studzimy.

                    

Smalec przechowujemy szczelnie zamknięty w lodówce. Podajemy z pysznym chlebem i ogórkami-kwasiorami :) Kalorii nie liczymy!
Ważymy się leżąc na podłodze...


środa, 27 marca 2013

Bulion warzywny w kostce

Kto nie wrzucił na blog jeszcze świątecznej baby, wielkanocnego mazurka, czy pasztetu? No kto? Ja! Niestety zapewne przed tegorocznymi Świętami nie zdążę, ale będzie na rok 2014 :D

A teraz już przechodzę do sedna i przedstawiam bulion warzywny w kostce. Bardzo aromatyczny i dość słony.- W końcu musi zawierać koncentrat bulionu, aby wystarczyło wrzucić 2-3 kostki, a zupa lub sos były wystarczająco aromatyczne.


Sam pomysł podpatrzyłam na blogu Feed me better. Swoją drogą jest to blog młodej kobiety, która postanowiła zmienić całkowicie swój tryb życia i żywienia. Jak twierdzi nie jest na diecie, a po prostu zdrowo się odżywia i pamięta o zachowaniu równowagi.- Mądrze! Na dodatek baaaardzo ciekawie. Znajdziecie tam przepisy na zdrowsze wersje serników, pasztetów, czy obłędnie wyglądające (i zapewne tak też smakujące) przekąski. Jest tam dosłownie wszystko w wersji nie light, a w wersji dokładnie przemyślanej. Polecam!

Składniki na mój bulion warzywny:
  • 8 większych marchewek
  • 4 korzenie pietruszki
  • średniej wielkości seler
  • duża cebula
  • por
  • 1l wody
  • ok. 1,5 łyżki soli
  • ok. 10 ziarenek pieprzu
  • 2 liście laurowe
  • 4 ziarenka ziela angielskiego
  • szczypta płatków chilli
Wszystkie warzywa umyte i obrane gotujemy w litrze wody razem z listkami laurowymi, zielem angielskim i płatkami chilli. 
Wywar powinien się gotować na minimalnym ogniu dość długo, aby był klarowny. To samo dotyczy bulionu mięsnego, który wymaga jeszcze większej delikatności :)

Wywar gotujemy ok. 1,5 godziny, pod koniec dodając pieprz i sól do smaku. Pamiętajcie, aby dać soli trochę więcej, aby kostki były bardziej aromatyczne. Dlatego też w tak małej ilości wody gotujemy podwójną porcję warzyw.

Studzimy bulion i przelewamy najlepiej przez gazę do dzbanka, z którego dalej do pojemników na kostki do lodów.
 
 
Po kilku godzinach w zamrażalniku nasze kostki są gotowe! :)


poniedziałek, 11 marca 2013

Słodko- kwaśny sos chilli

Kto nie jadł u osiedlowego "chińczyka", "wietnamczyka", czy innego Pana, który po podaniu opakowania z parującym i obłędnie pachnącym jedzeniem mówi "śmaniego"?
Chyba każdy. I raczej większość dorzuca do swojego pakunku dwa sosy.- Jeden z nich od dziś przygotowuję sama ;)



Miał być ostry i taki rzeczywiście był tuż po przygotowaniu, jeszcze przed ostygnięciem. Palił w język i gardło. Fajnie rozgrzewał i w ogóle był taki, jakiego go sobie wyobraziłam.

Po całkowitym wystudzeniu smak zdecydowanie się zmienił, a sos całkowicie złagodniał. Przelałam go do słoiczka i piersiówki po likierze. Użyłam, jako sos do maczania szaszłyków z krewetkami- połączenie bardzo dobre, niemniej jednak wolę zdecydowanie wersję HOT od SWEET, dlatego Wam (o ile lubicie na ossstrrrrro) radzę dodać jedną, bądź dwie papryczki chilli więcej i ograniczyć odrobinę cukier. Jeżeli lubicie sosy słodko- kwaśne, ten sos powinien się Wam spodobać.

Składniki (na wersję raczej słodką, niż ostrą):
  • długa i dość duża papryczka chilli
  • 3 ząbki czosnku
  • 100g cukru
  • 300ml wody
  • łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100ml octu
Papryczkę przekrawamy wzdłuż i wycinamy gniazdo nasienne. Nasion nie wyrzucamy tylko razem z papryczką i ząbkami czosnku rozdrabniamy w blenderze.

Całość wrzucamy do garnka, zalewamy wodą i octem. Dodajemy cukier i sól, a następnie doprowadzamy do wrzenia, aby papryczki częściowo zmiękły, a woda przeszła smakiem czosnku i papryki.

Po ok. 3min w osobnym naczyniu mieszamy łyżeczkę mąki ziemniaczanej z 1-2 łyżkami wody i dodajemy do sosu. Całość ściągamy z ognia i mieszamy aż sos zgęstnieje.


Na koniec przelewamy sos do butelki, albo słoiczka. Przechowujemy w lodówce.

Śmanego! ;)

niedziela, 16 grudnia 2012

Konfitura żurawinowa

Zrobiłam ją pierwszy raz, ale jestem pewna, że nie ostatni! Jutro lecę do sklepu po nową dostawę żurawiny, którą zamrożę "na później".


Najlepsza z serem typu camembert lub pieczonym mięsem!

Składniki na 3 niewielkie niewielkie słoiczki (dżemówki):
  • 500g żurawiny (użyłam mrożonej)
  • 1/3 szklanki wody
  • 3/4 szklanki cukru
  • skórka i sok z połowy cytryny
  • 4 łyżki amaretto
Żurawina, którą użyłam była mrożona. (Ponoć mrożenie żurawiny oraz aronii niweluje gorycz tych owoców). Przy aronii zdecydowanie mrożenie pomaga. Jak jest w przypadku żurawiny? Nie wiem- moja już przed zamrożeniem była cierpka, ale na pewno nie gorzka. Zamroziłam ją wyłącznie dlatego, bo bałam się, że się zepsuje.

Gotujemy 1/3 szklanki wody z cukrem ok. 5-10 min. Wrzucamy do gotującego się syropu żurawinę i całość gotujemy do miękkości owoców- ok 15 min. Wyciskamy sok z cytryny i dorzucamy tartą skórkę z cytryny. Gotujemy do odparowania nadmiaru wody. Moja konfitura była gęsta po ok. dodatkowych 5 minutach.
Ściągamy z ognia i dodajemy amaretto.

Przekładamy gorącą konfiturę do słoiczków, które układamy do góry dnem do wystudzenia.  
 

Gotowe!
Ps. Czy Wam też tak szybko minął weekend? :(
 
 

wtorek, 4 grudnia 2012

Dżem pomarańczowy

Na blogach powoli królują pierniczki, a u mnie dżem- i to jaki!

Kolorowy i świąteczny. Pyszny! Mimo, że napracowałam się z "w miarę" dokładnym usunięciem białych części skórek- albedo, to i tak dżem jest lekko gorzkawy. Niemniej jednak nie uważam, aby to psuło smak. Taki właśnie powinien być dżem pomarańczowy- typowy dla kuchni...(i tu się zdziwiłam)...angielskiej! ;)


Dżem chciałabym wykorzystać w tym roku, jako sos do świątecznego sernika- to będzie kolejne podejście na "Sernik Idealny". Może tym razem będzie taki, jak sobie wymarzyłam?

Składniki na 3 słoiczki (tzw. dżemówki):
  • 4 pomarańcze
  • cytryna
  • szklanka cukru
  • 3 łyżki amaretto
  • 100ml wody
Pomarańcze dokładnie myjemy oraz parzymy wrzącą wodą. Obieramy owoce, a ze skórki z 1 pomarańczy odkrawamy albedo. Skórkę pomarańczową kroimy w drobną kostkę.

Miąższ z 4 owoców kroimy na niewielkie kawałki starając się usunąć jak najwięcej błonek. Wrzucamy kawałeczki do garnka, zalewamy 100ml wody i gotujemy ok. 15min.

Dodajemy szklankę cukru, sok z cytryny oraz startą skórkę z jej połowy. Całość gotujemy na małym ogniu jeszcze ok 30min. do zgęstnienia i częściowego odparowania dżemu. Na koniec dodajemy amaretto i ściągamy dżem z ognia.


Gotowy dżem przelewamy do słoiczków, które po zakręceniu ustawiamy do góry dnem.
Przepraszam, że nie dodałam zdjęcia z otwartego słoiczka, ale to cudeńko zobaczycie w Święta ;)

niedziela, 25 listopada 2012

Ekstrakt miętowy

Domowy aromat mięty zamknięty w butelce.
Polecam do kremów, czy serników. W pieczonym cieście go nie wyczujecie, gdyż alkohol wyparuje...Przekonałam się o tym sama :(

Składniki:
  • kilka gałązek świeżej mięty
  • ok. 150ml spirytusu
Do szczelnej buteleczki wkładamy gałązki świeżej mięty i zalewamy ją alkoholem. Zamykamy i odstawiamy na kilka tygodni.
Dodałam do buteleczki jeszcze ok. 2 szczypt mięty suszonej, ponieważ ta kupiona o tej porze w marketach nie ma takiego aromatu, jak mięta ogrodowa.


Mój ekstrakt był gotowy po ok. 2-3 tygodniach.


Czy też przygotowujecie domowej roboty ekstrakty?
Miłej niedzieli!


czwartek, 18 października 2012

Dżem z dyni

Łooo matko! Ale się nakombinowałam! 
W końcu wyszedł. Piękny, słoneczny, kolorowy dżem.
Do tej pory robiłam z dyni wyłącznie zupę krem i jakoś nie narzekałam na brak..."smaku". Zupa zawsze była "pełna", bardzo aromatyczna. Tymczasem dżem był...po prostu był. Teraz już rozumiem Ann, która pisała o tym tu.

W każdym razie dodałam sporo soku z cytryny, imbir, cynamon i pomarańcze.
W końcu wyszło! :)


Składniki:
  • dynia średniej wielkości
  • 2 pomarańcze
  • 4 cytryny (tak, wiem!!!)
  • 0,5kg cukru
  • 2 łyżeczki imbiru mielonego
  • łyżeczka cynamonu

Dynię obieramy i kroimy w kostkę. Wrzucamy do garnka razem z sokiem z wyciśniętych pomarańczy i cytryn. Gotujemy do miękkości, dodajemy cukier i trochę odparowujemy. Miksujemy wszystko blenderem, a na koniec dodajemy imbir i cynamon.


Dżem na pewno będzie gościł na omletach i naleśnikach. Wykorzystam też go do przygotowania polewy na sernik!

czwartek, 11 października 2012

Masło orzechowe

Zobaczyłam przepis u Karmel na "Ciastka z masłem orzechowym" i przyznaję- pozazdrościłam tego własnoręcznie przygotowanego.

Masło miałam zrobić w weekend, ale dostałam lenia i jakoś tak wszystko przesunęło się w czasie.
Karmel dodała jedynie sól do zmielonych orzechów. Ja musiałam dodać jednak trochę oliwy, bo masło było "suche".


Składniki na 2 średnie słoiczki:
  • 0,6kg orzechów ziemnych
  • łyżeczka soli
  • ok. 4 łyżek oliwy
Orzechy zmieliłam za pomocą blendera. Dodałam oliwę, sól i dokładnie wymieszałam.
Nie mogę się doczekać ciasta z masłem orzechowym.... :D

A Wy, do czego używacie takie masło?

czwartek, 20 września 2012

Ekstrakt waniliowy

Mmmmm moja wanilia! :)


Składniki:
  • 3-4 mięsiste laski wanilii
  • ok. 150ml spirytusu
+ zakręcana buteleczka- najlepiej z przyciemnianego szkła

Rozcinamy wzdłuż laski wanilii, wkładamy do butelki (ew. słoika) i zalewamy spirytusem. Dokładnie zakręcamy i odstawiamy w chłodne i ciemne miejsce na kilka tygodni.


Po kilku tygodnia ekstrakt jest gotowy :) Zmienia kolor na bursztynowy i ma baaaaaaardzo intensywny zapach wanilii.
Dodajemy go do serników, bitej śmietany i deserów nabiałowych.

                   

Nikt mnie nie przekona, że cukier "waniliowy" (czyt. wanilinowy) lub aromat waniliowy jest lepszy! :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...