poniedziałek, 30 września 2013

Pasztet drobiowy z żurawiną

Mamy jesień. Jesień na całego!

Liście powoli przechodzą z zielonych w żółto- czerwone, orzech w ogródku upuścił już wszystkie owoce, a trawa traci intensywny kolor zieleni. 

"Jesienna depresja" powoli mija, a zastępują ją słodkie wspomnienia z dzieciństwa.

Pamiętam początki szkoły, podczas których wybierałam się z rodzicami na ulicę Kasztanową w Gdańsku. Co najlepsze- do dnia dzisiejszego nie wiem i nie sprawdzałam, czy ta ulica na prawdę się tak nazywa, czy tak się po prostu przyjęło. Nie wiem też w rzeczywistości, jak długa jest ta ulica, ale dla 6cio latki była ona baaaaaaaardzo długa! Po dwóch stronach ulicy rosły tam ogromne kasztanowce z liśćmi wielkości mojej głowy. Na każdym spacerze obowiązkowo musiałam uzbierać siatkę kasztanów, z którym później w domu robiłam ludziki do przedszkola. To były czasy!

Pamiętam też zbieranie kolorowych liści, chowanie ich między kartkami książek i robienie z nich obrazków. Te liście odnajduję do dnia dzisiejszego...ostatnio w Panu Kleksie ;)

Choć dzieli mnie od ulicy Kasztanowej w Gdańsku 400km, a na karku mam 22 lata więcej, to nadal mam ochotę uzbierać pełną siatkę kłujących główek i zrobić swoją armię kasztanowych żołnierzy, którzy dzielnie pilnowaliby moich parapetów ;) Tym bardziej, że codziennie idąc na piechotę do pracy mijam ogromnego kasztanowca, który uśmiecha się do mnie i kołysze gałęziami flirtując ze mną i zrzucając kasztany pod nogi. 

I tak zadumana zrobiłam pasztet. Pasztet jesienny bo z żurawiną. Delikatnie słodki- pyszny!
Nie muszę chyba Was przekonywać do wyższości pasztetu domowego nad kupnym, prawda? ;)


Składniki na mniejszą keksówkę i kokilkę:
  • kilogram mięsa z udek z kurczaka*
  • 20dkg wątróbek z kurczaka
  • 2 łyżki bułki tartej
  • 2 jajka
  • 4 łyżki wody
  • 2 łyżki żurawiny
  • marchew
  • korzeń pietruszki
  • cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 lidlowski chudy serek "Linessa" (opcjonalnie)
  • 100g boczku (opcjonalnie)
  • sól, pieprz i gałka muszkatołowa
* Do mojego pasztetu użyłam 2 opakowań po 500g  obranych i wydrylowanych udek z kurczaka. Do kupienia w Lidlu- żałuję, że nie zauważyłam ich wcześniej ;)

Udka z kurczaka gotujemy do miękkości z marchewką i pietruszką. Studzimy i mielimy przez maszynkę.

Wątróbkę z kurczaka podsmażamy z cebulką przez 10-15minut. Pod koniec dodajemy sól i pieprz, a następnie również mielimy.

Bułkę tartą zalewamy wodą i odstawiamy aż nasiąknie. Po kilku minutach dodajemy do zmielonych mięs z warzywami. 

Dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, serek, żurawinę i jajka. Całość dokładnie mieszamy i doprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową.

Keksówkę wykładamy papierem do pieczenia lub smarujemy masłem i obsypujemy bułką tartą. Wykładamy formę pasztetem i ewentualnie posypujemy pasztet lekko podsmażonymi kawałeczkami boczki.

Pasztet pieczemy ok. 50 minut w temperaturze 180stopni, pierwsze pół godziny piekąc pod przykryciem folii aluminiowej.


Pasztet mimo braku dodatku wieprzowiny idealnie rozsmarowuje się na kanapkach po całonocnym schłodzeniu w lodówce. Żurawina nadaje mu nietypowej słodyczy- bardzo polecam!

A jutro chyba w końcu sięgnę po te kasztany...

piątek, 27 września 2013

Dżem figowy i Historia ukrytego pojękiwania

Pamiętam dobrze ten dzień.
Na dworze ciemno i zimno. W pracy urywający się telefon, a moja ręka zbyt leniwa, aby cały czas podtrzymywać słuchawkę dłonią.
Wpadam na genialny pomysł podtrzymania słuchawki ramieniem i dość komicznym przykurczem prawej, górnej części ciała.- Działa! Mam dwie wolne ręce i mogę jednocześnie prowadzić telekonferencję i pisać na komputerze. Jestem dobra. Nawet bardzo dobra!

Mija godzinna telekonferencja, przerwa na kawę i ponownie dzwoni telefon. Znowu przykurcz wychodzi na pierwsze skrzypce. Moja wygrana i znów mam dwie ręce wolne!

Koniec drugiej telekonferencji. Odkładam słuchawkę i...i przykurcz zostaje.

Wpadam w panikę, że zostanę już taka pokrzywiona. Na dodatek z kilkoma kilogramami nadwagi...Masakra!

Koleżanka w pracy radzi, abym poszła do masażysty-kręgarza. Starszy, miły Pan z siwizną na głowie i latami doświadczenia potwierdzonymi wieloma dyplomami ma mi pomóc.
Trochę się krępuję, ale koleżanka mówi, że starszy Pan nawet nie zwraca uwagi, czy do niego przychodzi kobieta, czy mężczyzna.

Decyduję się zadzwonić i umówić na wizytę. Tłumaczę o co chodzi, a Pan masażysta prosi, abym przyszła po pracy.

Jadę. Wołają mnie po nazwisku. Wstaję z krzesełka w poczekalni i....oczom nie wierzę! Starszy, miły Pan okazuje się młodszym, przystojnym chłopakiem z rękoma, wielkości mojej głowy!

Twarz ma zachodzi młodzieńczym rumieńcem...

Wchodzimy do środka i pojawia się Pan z siwizną tłumacząc, że zastąpi go syn bo do Niego przyszła klientka złamana w pół, której musi pilnie pomóc. Uśmiecham się nieśmiało i potakuję głową. (Jak się później okazało ów klientka była parawan obok mnie...)

Teraz najlepsze... Koleżka prosi, abym się "przygotowała". 
Yyyyy, czyli co? Tak sobie myślę i znów się czerwienię.

Masażysta tłumaczy od razu, abym ściągnęła bluzkę...Pozostawiając stanik i spodnie- szybko dodając ;) W tym momencie byłam już czerwona, jak cegła. Kilka kolejnych zdań nie pamiętam, bo skupić się nie mogłam myśląc cały czas o moich czerwonych polikach, fałdach tłuszczu widocznych przy siedzeniu na stole do masażu i moich pachach...- Czy ja je dzisiaj ogoliłam????

Coś tam znowu rozmawiamy, każe mi się rozluźnić, łapie pod pachami i mną wstrząsa- DOSŁOWNIE. Słyszę trzask swojego kręgosłupa i czuję ogromną ulgę. Teraz może już być tylko lepiej!

Miły Pan prosi, abym się położyła na brzuchu, głowę umieszczając w dziurze dzięki której mogę obserwować chodaki tego, który zaczyna masować.

Miły Pan rozkręcał się powoli, co bardziej przypominało smyranie, niż masaż o którym tyyyyyyyyyle wcześniej słyszałam. Później dotyka coraz mocniej i mocniej. Uciska, masuje i....każe mi oddychać. Wtedy dopiero orientuję się, że wstrzymuje cały czas powietrze bo boli, jak cholera, a na usta ciśnie się nic innego, jak "aaaa" i "yyyyy", których po prostu się wstydzę. Spięta i sztywna powstrzymuje się przed pojękiwaniem modląc się, aby miły Pan w końcu przestał.

I teraz na plan wchodzi Pani "zgięta w pół" leżąca za parawanem po mojej lewicy. Słyszę jej "aaaaa" i "yyyy" przy każdym dotknięciu Starszego Pana. Puszczają mi nerwy, nie wytrzymuję i zaczynam jej wtórować. Ona "aaaa", ja "yyyyyyy", ona "mmmmm", ja "aaaaaa". I tak sobie jęczymy wspólnie przez 30 minut, aż Starszy Pan z synem stwierdzają z uśmiechem na twarzach, że to koniec...

Takie samo uczucie zawodu może Wam towarzyszyć, jak skończy się Wam słoiczek dżemu figowego...Przy jedzeniu dżemu  w zaciszu domu pojękiwanie jest dozwolone. Ba! Nawet wskazane! :D Dlatego nie krępujcie się, jak ja i powzdychajcie sobie głośno, pojęczcie i pomruczcie z zachwytu nad tym pysznym smakołykiem!


 Składniki na 3 słoiki (dżemówki):
  •  20 sztuk dojrzałych fig
  • sok z całej pomarańczy
  • skórka z połowy pomarańczy
  • 100g cukru
  • 50ml rumu (opcjonalnie)
Na początku dodam, że figi są teraz w bardzo dobrej cenie w Lidlu- uświadomiła mi to Patrycja ze Smakołyków Alergika. Dlatego jeżeli do tej pory ich cena Was odstraszała, macie okazję się odgryźć i kupić ich trochę więcej ;)

Figi myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym i odcinamy "ogonki". Kroimy na 4 części, wrzucamy do garnka z grubym dnem i zalewamy sokiem z pomarańczy. Gotujemy na średnim ogniu często mieszając, aby dżem się nie przypalił.

Gdy owoce zaczną się rozpadać, a skórka fig zacznie się robić szklista dodajemy skórkę z pomarańczy i cukier.- Jeżeli Wasze figi nie będą bardzo słodkie możecie zwiększyć ilość cukru.

Doprowadzacie dżem do wrzenia, ściągacie z ognia i odstawiacie do następnego dnia.

Kolejnego dnia wyparzamy słoiki wrzącą wodą, albo wkładamy je na 10min do piekarnika nastawionego na 90-100 stopni.

Dżem ponownie przesmażamy często mieszając i uważając, aby się nie przypalił. Ilość płynów już będzie niewielka.

Na koniec dolewamy rumu, dokładnie mieszamy i jeszcze wrzący dżem przelewamy do wyparzonych słoików. Mocno zakręcamy i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia ustawiając słoiki do góry dnem.


Dżem jest słodki i gęsty- figi zawierają dużo pektyny i nie ma potrzeby dodawania dżemiksów. "Figo fago" jest idealny do przełożenia tortu, czy nadziania babeczek. Na naleśnikach też posmakuje. Uprzedźcie tylko starszą część swoich gości, że zawiera dużo maleńkich pesteczek- tak na wszelki wypadek ;)

poniedziałek, 23 września 2013

Rustykalna tarta z nektarynkami


Już od wczoraj pojawiają się wpisy innych blogerów dot. III edycji Food Blogger Fest, a mnie żal tyłek ściska, że nie pojechałam, że nie zobaczyłam, nie zjadłam i nie poplotkowałam... W zeszłym roku się spóźniłam, w tym roku nie mogłam pojechać. W sumie do trzech razy sztuka, nie?

Na domiar wszystkiego "nadejszla" jesień. Pamiętam dobrze moje młodzieńcze doły z tym związane, słuchanie smętów puszczanych z kaset magnetofonowych, palenie świeczek i pisanie dłuuuuugich listów do koleżanki, która mieszkała piętro nade mną. Listy codziennie wkładałyśmy sobie przed pójściem do szkoły pod wycieraczkę, modląc się, aby rodzice przed nami ich nie dorwali. W końcu były tam opowieści o pierwszych pocałunkach, cichych schadzkach, niejednych wagarach i jeszcze bardziej osobistych przeżyciach ;)

Teraz jesień nadal jest dla mnie pochmurna- dosłownie i w przenośni. Rytuałem stało się wieczorne palenie świeczek zapachowych, molestowanie ulubionego kocyka i picie owocowych herbat.

Nie zrozumcie mnie jednak źle. Nie mam już "dołów" związanych z nadejściem jesieni. Nie słucham z tego powodu na okrągło Backstreet Boys, lecz się wyciszam i przygotowuję chyba mentalnie do zimy. To taki okres wyczekiwania...

Zatem czekam tak sobie pod kocykiem, odliczam dni do IV spotkania blogerów w Warszawie i pocieszam się pyszna tartą z nektarynkami, żurawiną i migdałami. Mmmmm tak czekać, to ja mogę długo...


Składniki na kruchy spód:
  • 250g mąki pełnoziarnistej- u mnie żytnia
  • 100g mąki pszennej
  • 150g cukru pudru
  • 150g masła
  • 2 łyżki wody
  • żółtko jaja
dodatkowo:
  • 4 nektarynki
  • łyżka suszonej żurawiny
  • łyżka płatków lub słupków migdałówych
  • pół łyżki mąki ziemniaczanej
  • łyżka cukru pudru
  • sok z połowy cytryny
  • cukier puder do posypania upieczonej tarty

Do miski wrzucamy wszystkie składniki na kruche ciasto i zagniatamy na jednolitą masę. - Nie bawię się nożem, tylko od razu brudzę ręce ;)

Ciasto wkładamy do lodówki na kwadrans, aby się dobrze schłodziło, a w tym czasie przygotowuje nadzienie tarty.

Nektarynki kroimy w plasterki i wrzucamy do miski. Kropimy je sokiem z cytryny, posypujemy je cukrem pudrem i mąką ziemniaczaną. Całość dokładnie mieszamy, uważając przy tym aby nie uszkodzić kawałków nektarynki.

Ciasto wykładamy z lodówki i rozwałkowujemy na (w miarę możliwości) okrągły placek o grubości ok. 3mm.- Swoje ciasto rozwałkowywałam bezpośrednio na blaszce, na której piekłam tartę.

Na środku ciasta odciskamy delikatnie koło- np. miską, i w jego środku układamy nektarynki. Posypujemy je żurawiną i migdałami.

Na koniec brzegi tarty zawijamy do środka nie przejmując się kompletnie, czy jest równo, czy nie!

Wkładamy tartę do piekarnika na ok. 15-20min do zrumienia brzegów. Podajemy jeszcze ciepłą.


Smacznego!







czwartek, 19 września 2013

Nocna drożdżówka- najprostsza!

Czy Wy też macie swoje kity, gnioty, zakalce, albo inne wytwory które po prostu robią Wam na złość i ZAWSZE nie wychodzą? Krew mnie zalewa, gdy setny raz biorę się za babkę cytrynową, albo babkę jogurtową i zawsze, ale to zawsze mam to samo. Piękną, pachnąca, chrupiącą z zewnątrz babusię, która po rozkrojeniu przypomina... galaretowane błocko, które czasem wieczorem nakładam na me lica ;)

Nie miałam tego problemu z drożdżówami, choć przyznaję, że zawsze za bardzo skracałam czas wyrastania ciasta i raczej moje dzieła nie należały do tych godnych pozazdroszczenia. Smaczne były na pewno, ale z babcinymi drożdżówami równać się nie mogą!

Nocnej drożdżówce nie postawiłabym obok tej od babci, ale tuż za nią :)
Co mi się w niej najbardziej podoba? To, że nie zagniatamy i nie czekamy na jej wyrośnięcie. Wrzucamy wszystkie składniki wieczorem do miski, całość przykrywamy ściereczką, rano miksujemy i pieczemy!


Przepis znalazłam w internecie, niestety nie pamiętam gdzie i nie wiem kto jest jego autorem. Wiem natomiast, że medal, nobla, albo blogowe cudeńko przyznałabym takiej osobie bez zastanowienia!

Składniki:
  • szklanka mleka
  • 0,5 szklanki oleju
  •  szklanka cukru
  • 50g świeżych drożdży
  • 3 jajka
  • 0,5 kg mąki
Składniki najlepiej, aby były w temperaturze pokojowej. Jeżeli chcecie lekko oszukać, to podgrzejcie delikatnie mleko przed przystąpieniem do robienia drożdżówki ;)

Wieczorem:

Mleko i olej wlejcie do miski. Wsypcie cukier i rozkruszcie drożdże. Dodajcie rozbełtane jajka, przykryjcie miskę ściereczką albo folią spożywczą i odstawcie BEZ MIESZANIA na noc.

Rano całość zasypcie mąką, wymieszajcie mikserem i pieczcie ok 40-50min w piekarniku nastawionym na 180 stopni.


Do swojej dodałam dodatkowo ok. pół szklanki borówek i zrobiłam kruszonkę. Ciacho rozeszło się w jeden dzień!

niedziela, 15 września 2013

Sernik z dynią i domową polewą toffi

Że też śmiałam pomyśleć, że lekarz do którego przyszłam jest dla mnie...Nie wiem, jak mogłam, ale chyba zgłupiałam.

Chyba też nazbyt entuzjastycznie podeszłam do samej wizyty przeświadczona, że lekarz poświęci mi więcej niż 10min...o ja niemądra!

W ogóle moje doświadczenia w obejściu, współżyciu, organizacji, obsłudze i w ogóle we wszystkim związanym ze służbą zdrowia są dość specyficzne...

Po wylaniu morza łez i zanotowaniu gigantycznego bólu głowy, na pocieszenie do sobotniej kawy zjadłam sernik z dynią- porcji dwie. Na szczęście pomogło! Także jeżeli macie jakieś smutki, bądź wkurzacie się, jak ja to ten sernik jest dla Was. "Zrobi dobrze" każdemu! ;)


To jest idealna pora na jego przygotowanie- dynia praktycznie jest już dostępna w każdym sklepie, a ja mam dodatkowy powód, aby zamrozić jej większą ilość.

Przepis wycięłam kilka lat temu z gazety Claudia. Przyznaję, że zrobiłam go pierwszy raz, ale na pewno nie ostatni. Oficjalnie nazywam go moim numerem DWA, zaraz po Serniku Idealnym z pomarańczową nutą

Dodam od razu, że sernik z gazety był intensywnie pomarańczowy od dyni. Ja dyni dodałam prawie podwójną porcję, a twaróg tylko delikatnie zmienił barwę na jasno- pomarańczową, czego nie widać na zdjęciach.

Składniki na dużą, okrągłą tortownicę
spód:
  • 250g ciastek typu digestive
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • 125g miękkiego masła
masa:
  • ok.450g ugotowanej i zmiksowanej dyni*
  • 750g kremowego twarożku**
  • 200g cukru pudru
  • 6 jajek
  • sok z połowy cytryny
polewa toffi:
  • pół szklanki cukru
  • ok. 50g masła
  • 250ml kremówki
  • odrobina pasty waniliowej lub ziarenka z jednej laski wanilii
* dodałam przeszło 700g dyni.
** użyłam półtłustego twarogu, zmielonego tylko raz.

Ciastka zmiksuj na pył, dodaj cynamon i miękkie masło. Zagnieć na jednolite ciasto, wyłóż obłożoną papierem do pieczenia tortownicę i włóż do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Piekarnik nagrzej do 170 stopni. Zagotuj wodę i wylej ją do naczynia żaroodpornego, aby sernik piekł się w tzw. kąpieli wodnej.

Dynię zmiksuj z twarożkiem i cukrem pudrem. Dodawaj po jednym jajku, na końcu wlewając wyciśnięty z cytryny sok.

Masę serową wylej na schłodzony spód, przykryj folia aluminiową i wstaw do piekarnika.

Zmniejsz temperaturę do 150 stopni i piecz 1,5 godziny.

Wstaw do lodówki do schłodzenia na całą noc.

Następnego dnia rozpuść cukier w rondelku i poczekaj aż lekko zbrązowieje. Dodaj masło i energicznie mieszaj do jego rozpuszczenia. Teraz dolej kremówkę i pastę waniliową. Całość mieszaj i gotuj, aż zgęstnieje- ok.10min. Nie martw się, jak pojawi Ci się kilka ciągnących grudek przy wlewaniu kremówki- możesz je wyciągnąć, a masa i tak wyjdzie :)

Po przygotowaniu polewy toffi, lekko ją wystudź i polej nią sernik. Możesz do dekoracji użyć jeszcze orzechów włoskich.


Smacznego!

środa, 11 września 2013

Kurczak w mleku kokosowym

Dłuuuuugo mnie nie było, ale mam nadzieję, że nie zdążyliście mnie usunąć z pamięci i jeszcze do mnie zajrzycie ;)

Prawie tak rzadko, jak bywałam ostatnio na blogu mieszkałam również w domu. Mój mąż należy zdecydowanie do tych wyrozumiałych i dlatego jeszcze mnie nie spakował i nie kazał zamieszkać w pracy...

Byłam to tu, to tam i tak mnie wzięło trochę na wspominki. Nie zawsze związane ze smakiem, a wyłącznie z zapachem.

Kto nie lubi zapachu deszczu w letni dzień, który przypomina beztroskie dzieciństwo i skakanie po kałużach? Komu cynamon i goździki nie kojarzą się z okresem świątecznym? Do tego dochodzą: pomarańcze i radość, jaka im towarzyszyła, gdy znalazłam je pod choinką, Davidoff Cool Water, który już zawsze będzie zapachem mojego męża oraz zapach kardamonu, który unosi się w każdej skandynawskiej cukierni.

Dobre skojarzenia mam również z zapachem gotowanego mleka, który przenosi mnie do czasów przedszkolnych, kiedy jadłam pyszną, słodką zupę mleczną z sucharkami. W tym miejscu podejrzewam, że jednak kilkoro z Was zaczyna się krzywić :) Miłością do gotowanego mleka jednak niewielu pała...

Jakiś czas temu na obiad zrobiłam kurczaka w mleku kokosowym z harissą i orzeszkami ziemnymi. Sam kurczak raczej nie kojarzy mi się z niczym szczególnym, ale już harissa zawsze będzie kojarzyła mi się z wakacjami w Tunezji i ostro- słodkimi zapachami unoszącymi się w pobliżu hotelowej kuchni.


Zapach, który roznosi się po domu podczas przygotowania tego prostego obiadu jest cudowny! Oby kojarzył Wam się z taką jedną Andźką, która obiecuje, że już nie będzie robiła takich długich przerw w blogowaniu! :)

Składniki:
  • podwójna pierś z kurczaka
  • puszka mleka kokosowego
  • 2 łyżki harissy
  • garść orzeszków ziemnych
  • sok i skórka z połowy limonki
  • sól i pieprz do smaku
+ oliwa do smażenia

Kurczaka kroimy w kostkę, przyprawiamy solą i pieprzem i smażymy na rozgrzanej oliwie, aż białko delikatnie się zetnie i mięso się zarumieni. Podsmażonego kurczaka odkładamy na talerz.

Na patelnię, na której smażył się kurczak wylewamy mleko kokosowe, dodajemy harissę oraz sok i skórkę z limonki. Gotujemy przez chwilę i dorzucamy orzeszki. Po ok 5min, gdy orzeszki delikatnie zmiękną dodajemy kurczaka i dalej całość gotujemy max. przez kolejne 5min.

Podajemy z ugotowanym ryżem.


Do takiego kuraka pasuje idealnie kolendra, którą zaatakowała mi mszyca i jej nie dodałam :(

A tak w ogóle to TĘSKNIŁAM!!!
Andźka






Wystąpił błąd w tym gadżecie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...